Menu

::Strona główna::

::Zarząd::

::Historia::

::Rajd Geografa::

::Wyprawy::

::Plakietki::

::Statut Klubu::

::Księga Gości::

::Linki::

::Galerie i Relacje::

::Sesja Kół Naukowych::

::Kontakt::

::Prelekcje::

 

FORUM DYSKUSYJNE



 

UKRAINA - OSTRA HORA I POŁONINA RÓWNA

 

Ostra Hora i Połonina Równa

30 IX – 2 X 2006

 

Jak jesień to tylko w górach! A jak jesień w górach to tylko połoniny! A jak jesienne połoniny to tylko gdzieś na Ukrainie!!

 

Wreszcie się udało! Mówiąc pewną gwarą: „sterujemy czołga na bazę” , którą stanowi Ostra Hora i Połonina Równa. Ten cel planowany był od dawna.

 

W sobotę, w składzie: Olka, Nunex, Pszczoła, Machoney, Kowal i ja wyjeżdżamy dwoma autami ciemną, mglistą nocą z Krosna. Kierujemy się najpierw przez Słowację potem Ukrainę do zakarpackiej wioski – Liuty. Droga, jak na Ukrainę, jest rewelacyjna. Asfaltu zabrakło jedynie dla małej końcówki wsi. Jedziemy krętą, wąską drogą, mijamy dwa wyciągi narciarskie i klasyczne domki pokryte gontem. Delikatna zasłona z mgły ukrywa kolory jesieni i błękit nieba. Anna Maria wyśpiewuje, że w chmurach gdzieś, lśni twój szczyt. Ale za nim na szczytach staniemy jeszcze sporo się wydarzy...

 

Na otwarcie jedynego w okolicy magazinu musieliśmy czekać dobre pół godziny. Zjedliśmy śniadanie i odstawiliśmy nasze maszyny u pewnych gospodarzy. Za usługę otrzymali od nas wódkę, a drugą wypiliśmy z nimi. Nadszedł na nas czas. Zabieramy plecaki, wychodzimy z zagrody a tu następny sklep się nagle otworzył... (a jak nie ma to nie ma). Po chwili okazało się, że za 40 hrywien mamy konny transport na przełęcz oddzielającą Ostrą od Równej. Pakujemy się na wóz. Nasza szóstka, woźnica i trzech jego pomocników. Spory ciężar jak dla dwóch koników. Konie jako tako dają radę, gorzej z drewnianym wozem, z którego w pewnym momencie odpada tylnie koło. Dla nas oznaczało to koniec niecodziennej imprezy. Wysiadamy kładąc się ze śmiechu. Lecz oni zakładają koło, zabezpieczają jakimś patyczkiem i... jazda dalej! Aby dodać nam więcej atrakcji woźnica popędza konie i pędzimy przewalając się raz na jedną raz na drugą stronę. Trzymamy się wszystkiego co pod ręką, najczęściej siebie nawzajem. „Nie bojsja!!” krzyczą. A wóz dosłownie się rozłazi – pęka przednie koło. Pociągnęliśmy na kapciu jeszcze ze dwa kilometry. Do umówionego celu oczywiście nie dojechaliśmy. Wysadzili nas przy drewnianej chatce na polanie. Teraz sesja zdjęciowa na koniach z końmi i przy koniach. Olka chyba najbardziej z nas wszystkich zapamięta przejażdżkę po wierchach ;). Podobnie jak mój kijek, który został przejechany przez wóz i nabrał dziwnych alpejskich kształtów... Ukraińcy, szczególnie ci młodzi, szybko się uczą co to biznes na turystach, gdyż jeden z nich obliczył, że jedna fotka to 5 hrywien. Trochę podyskutowaliśmy, wypiliśmy wino i chłopak w końcu się pogubił w obliczeniach – wszystko było gitara!  Żegnaliśmy się po kilka razy, jakoś nie mogliśmy wyruszyć. W końcu rozdzielamy się na pół. Ci bardziej „zaaklimatyzowani” zostają, Olka, Nunex i Kowal zabierają się w sobie i idą ku górom. Mamy spotkać się jeszcze przed zmrokiem. Spotkaliśmy się, owszem ale w przedpołudniowym słońcu dnia następnego. Olka z chłopakami spędziła noc niemalże w tropiku ... (niemalże, bo dosłownie w tropiku z nogami na zewnątrz). Nie rozdzieliliśmy się namiotami bo przecież mieliśmy się spotkać wieczorem! Niezbyt komfortową noc wynagrodził im za to zachód słońca w górach i niebo pełne gwiazd. Nam trudno było to dostrzec z chatki, w której spędziliśmy chyba najdłuższą noc w życiu...

 

Skoro świt postanowiliśmy wyruszyć w ślad za braćmi naszymi. Początkowo szeroką drogą idziemy za strzałkami, które zostawili dla nas poprzednicy. Nagle z szerokiej drogi strzałka skierowana jest na potok i ledwo widoczną ścieżkę pnącą się w górę. Co im, kurna, niewygodnie się szeroką drogą szło?? Idziemy według poleceń. Ścieżka się zgubiła i wyszliśmy na polanę, na którą wracaliśmy po kilka razy bezskutecznie szukając jakiś znaków. W końcu usiedliśmy na trawce i ...zjedliśmy po kanapce. Wybraliśmy jedną z dróg, która wyprowadziła nas na następną polanę z chatką  zamkniętą na kłódkę, otwartym UAZem z kluczykami w środku i ... wanną na zewnątrz. Wspinamy się ścieżką między krzaczorami i czernicami. Ścieżka zanika ale habazie zostają. Wchodzimy w las stromo pnąc się w górę. Nagle przeraźliwie haukający pies przebiega nam drogę... To Ukraina – wszystko może się zdarzyć, nawet Burek w buszu. Niedługo po tym zdarzeniu słyszymy znajome krzyki. Uff! Żyją!!! Choć nie mogliśmy się dogadać ich głosy dodały nam spręża i z lekkością zdobyliśmy grań. Krzyczał też pasterz – właściciel psa i kilkunastu koni, oraz, jak się później okazało, chatki z wanną na zewnątrz. Spotkaliśmy go właśnie na grani, skąd wskazał nam prawidłową drogę na Ostrą Horę. Zapytany czy spotkał Polaków, odpowiedział, że nie widział ale czuł...

 

A my wreszcie wśród połonin! Ostra Hora (1408 m n.p.m.) to wyniosła, samotna połonina zakończona trzema ostrymi szczytami. Cudowna jesienna pogoda, trawy nabierające czerwonego blasku, delikatny wiatr. Przed nami majaczy pasmo Wschodnich Bieszczad z królującym Pikujem, a także charakterystyczna Połonina Równa i Holica. W dali potężna sylwetka Połoniny Borżawy. Krzyczymy za naszymi i w końcu wyłaniają się trzy postacie schodzące z najwyższego wierzchołka Ostrej. Śmiechy, chichy i radość, że znowu jesteśmy razem. Po normalnym śniadaniu wchodzimy na te 1408 m aby zejść do „tropikalnej bazy”, w której Kowal już obmyśla jak to dostać się na ścieżki prowadzące na Równą.

 

Nie ma rady, trzeba zejść bardzo nisko, żeby znaleźć właściwą drogę. Z bólem (i to dosłownie bo znów przez krzaczory) schodzimy z połonin bardzo stromo w las i oczywiście na wyczucie bo ścieżka już dawno zanikła. Na szczęście trafiliśmy na całkiem wygodną drogę a przy okazji na soczyste, słodziutkie czernice. Droga, która wydawać by się mogła, że zaprowadzi nas wszędzie i tak się skończyła i znowu zaczęło się kombinowanie. Jednak nasi panowie zawsze obierają właściwy kierunek, więc dotarliśmy znowu w magiczny świat połonin. Morze traw uginających się na wietrze.

 

Chociaż Połonina Równa nie zaczarowała nas tak jakbyśmy tego chcieli. Jej nazwa mówi sama za siebie, lecz coś „równego” do nas widocznie nie przemawia... Dodatkowo szpecą pozostałości po bazie rakietowej, skoncentrowanej wokół głównego wierzchołka (1479 m n.p.m). Kolejna militarna atrakcja to biały słup - pomnik radzieckich spadochroniarzy.

 

Schodzimy betonową drogą do ścieżki prowadzącej do Liuty. Jest już dość późno, więc rozglądamy się za miejscem na biwak. Widoczna z góry chatka wygląda obiecująco, lecz nie docieramy do niej. Rozbijamy namioty (wreszcie kompletne), rozpalamy ognisko i pijemy miodową z tradycyjną przepoją na bazie tabletek musujących...

 

Rano, schodząc do wioski, spotykamy znajomego psa, który macha ogonem na nasz widok. Za nim pasterz, również machający ręką na nasz widok. Wracamy wszyscy razem do Liuty. W znajomym sklepie u znajomej pani, która mówi, że jest jakby wczorajsza, spotykamy się z naszymi przewoźnikami. Nasze samochody stoją jak stały tylko bardziej zakurzone. Okazało się, że aut pilnowała chyba cała wioska i stawka poszła w górę. Jeden z Ukraińców krzyknął 100 hrywien! Poszło na spoconą czapeczkę Nunexa i wódkę, a koledzy kazali się nie przejmować panem od 100 hrywien... Równocześnie toczyła się akcja szukania telefonu Machoneya. Też było to bardzo skomplikowane, bo nikt nie wiedział kto aktualnie jest jego posiadaczem... Na rozwój wydarzeń czekaliśmy w znajomym magazinie a raczej w barze pod sklepem o nazwie „Czornyj kij”. Poznaliśmy kolejne „przypadki” lokalnej społeczności ukraińskiej i ich wyrażenia, z których „najebiem sja” szczególnie nam się spodobało. Telefon się znalazł za butelkę wódki. Na pożegnanie Olka i ja zostałyśmy obdarowane czekoladami, a chłopakom dostało się po cukierku ;). Czas odwiedzić kolejnych znajomych w Użoku. Machoney, Pszczoła i Nunex przygotowali dla nich zdjęcia i inne suweniry. Taki miły gest dla dobrych ludzi.

 

Powoli spotkania z Ukrainą stanowią już inny charakter. Wracamy tam jak do swoich. Góry zawsze zostaną nieodgadnione, tajemnicze, zawsze będą inne. Mentalność ukraińskiej społeczności staje się coraz bliższa, bardziej poznana choć nadal zaskakująca.

 

Do Liuty musimy wrócić! Pasterz Ivan zapraszał na konną wędrówkę po wierchach...

 

Choć w sercu lęk, nie cofaj się
Tylko tak warto żyć
W chmurach gdzieś lśni Twój szczyt
Odważ się i idź

 

Dzięki wszystkim komandirom za miłe chwile :)

Ewa